A czymże jest miłość?
Na pewno wielu z Państwa doświadczyło konsternacji, kiedy całkowicie zgadzamy się z osobą, której słuchamy, a chwilę później ze zgrozą dowiadujemy się, że tak naprawdę chodziło o coś przeciwnego naszym wyobrażeniom. Dzieje się tak, gdy obie strony posługują się odmiennymi definicjami.
Ostatnie 40–50 lat cechuje szczególnie głęboka dekonstrukcja znaczeń i rozmontowywanie dawnych, klasycznych, chrześcijańskich pojęć i wartości. Ten proces – kulturowy i intelektualny – polega na podważaniu i rozbijaniu obiektywnej prawdy, obiektywnego dobra i moralności, tożsamości człowieka, tradycyjnych instytucji takich jak religia, Kościół, państwo, rodzina oraz na podważaniu sensu tradycji i historii.
Epokę, w której żyjemy, prof. Zygmunt Bauman – osoba o wybitnie niechlubnej przeszłości komunistycznej – bardzo trafnie nazwał „płynną nowoczesnością” i zdiagnozował jako epokę, w której trwałość, stałe definicje, tradycyjne relacje i hierarchie zostały rozpuszczone w nieustannej zmienności. W takim czasie wartości, normy i tożsamości nie mają już trwałych podstaw, lecz podlegają ciągłej negocjacji i redefinicji, zależnej od kontekstu, technologii, mediów, a często i od dominujących narracji [1]. Patrzył on jednak z nadzieją na upadek cywilizacji chrześcijańskiej, czyli zmierzch jej dotychczasowego kształtu, porządku wartości i instytucji. Z nadzieją oczekiwał na nowy, lepszy porządek, który zajmie miejsce starego, chrześcijańskiego, na co z kolei nie możemy, jako wyznawcy Chrystusa, pozwolić.
Skoro Pan nasz Jezus Chrystus powiedział: „Idźcie więc i nauczajcie wszystkie narody, udzielając im chrztu w imię Ojca i Syna, i Ducha Świętego. Uczcie je zachowywać wszystko, co wam przykazałem. A oto Ja jestem z wami przez wszystkie dni, aż do skończenia świata” (Mt 28,19-20), to znaczy, że musimy powrócić do trwałych fundamentów Jego nauki. „A Bóg, czyż nie weźmie w obronę swoich wybranych, którzy dniem i nocą wołają do Niego, i czy będzie zwlekał w ich sprawie? Powiadam wam, że prędko weźmie ich w obronę. Czy jednak Syn Człowieczy znajdzie wiarę na ziemi, gdy przyjdzie?” (Łk 18,7-8) Wypełniając wole Pana naszego Jezusa Chrystusa musimy zachować i przekazać (łac. traditio) Jego naukę. Nie możemy ulec pokusie dostosowania tej nauki do współczesności i do zmieniających się potrzeb człowieka, nie możemy ulegać duchowi tego świata ani iść z duchem czasu, bo religia katolicka nie została stworzona dla człowieka, ale człowiek, aby oddawał chwałę Bogu.
Czymże jest więc miłość, której gorejącym ogniskiem jest Serce Jezusa?
Zacznijmy od ”tego świata”: jak możemy znaleźć w słowniku języka polskiego, jest to głębokie uczucie do drugiej osoby, któremu zwykle towarzyszy pożądanie; może to być też silna więź, jaka łączy ludzi sobie bliskich, albo poczucie silnej więzi z czymś, co jest dla kogoś wielką wartością, albo głębokie zainteresowanie czymś, znajdowanie w czymś przyjemności lub też obiekt czyichś uczuć i pragnień, aż w końcu pożycie seksualne [2].
Ks. prof. M. Poradowski, na odstawie Summy teologicznej św. Tomasza z Akwinu pisze: „Popularnie łączy się czynność miłowania ze wzruszeniem, emocją, uczuciem, odczuciem, i to w łączności z przyjemnością; w mniemaniu niektórych miłość to przyjemne przeżycie, z pełnią samolubstwa, samozadowolenia, zadowolenia z siebie. Podświadomy popęd do zaznaczenia siebie, do zdobyczy, do bycia na wierzchu. Ten ślepy pęd lubienia, lubieżności, staje się siłą niszczącą, zwłaszcza dla bliźnich, ale w końcu i dla siebie” [3].
„Dążenie, czy też siłę dążenia ku swemu dobru, określa się po polsku lubieniem (po łac. amor). U istot duchowych, mających umysł i wolę, dążenie do odpowiedniego dobra, lubienie, staje się kochaniem (po łac. dilectio). A więc kochanie od lubienia różni się władzą, w której jest: wola, oraz dobrem ku któremu zmierza. Kochanie jest lubieniem, ale wyższego rzędu; w kochaniu zachodzi namysł i wybór, a nie samo ślepe dążenie lubieżności” [4].
Jak mamy więc rozumieć miłość, którą Bóg umiłował świat i jest jej gorejącym źródłem?
„Trzeba zrobić dokładne rozróżnienie między miłością jako uczuciem (po łac. dilectio), a jej wyższym poziomem, miłością będącą usprawnieniem danym od Boga jako łaska (po łac. caritas)” [5].
Miłość, która jest największym z przykazań, to „sprawność, wlana człowiekowi przez Boga, uzdalniająca go do miłowania Boga w sposób wyższy niż na to pozwala wrodzona zdolność woli. Miłość wlana, mocą której miłujemy siebie i ludzi, poddaje sobie i podnosi niższe: lubienie i kochanie” [6].
„Popularnie łączy się czynność miłowania ze wzruszeniem, emocją, uczuciem, odczuciem, i to w łączności z przyjemnością” [7]. Miłość zaś, o której mówimy, uwalnia od tego połączenia. Emocje, uczucia czy odczucia są niezależne od woli człowieka i z tego powodu same w sobie nie są ani dobre, ani złe, ani moralne, ani niemoralne. Dopiero sposób, w jaki wola na nie reaguje, poddać możemy ocenie.
Św. Tomasz z Akwinu mówi, że najwyższym i najwłaściwszym przedmiotem miłości jest dobro samo w sobie. A Jedynym Dobrem, Prawdą i Pięknem jest sam Bóg [8]. Miłość do Boga nie jest tylko wdzięcznością za dobrodziejstwa, ale odpowiedzią na Jego nieskończoną dobroć, świętość i piękno. Człowiek został stworzony na obraz Boga i pragnie szczęścia, dobra, prawdy, miłości — a ostatecznym spełnieniem tego wszystkiego jest sam Bóg. Miłość Boga sprawia, że człowiek uczy się prawdziwie i właściwie kochać siebie, bliźniego i inne stworzenia. Bez niej wszystkie inne miłości łatwo stają się egoistyczne, powierzchowne i nieuporządkowane.
Człowiek, z powodu tego, że kocha Boga, kocha również siebie. Nie dlatego, jakoby miłość własna miała być jakimś większym dobrem, ale dlatego, że będzie ona odniesieniem, wzorcem i warunkiem prawdziwej miłości bliźniego. Tylko człowiek, który akceptuje siebie jako noszącego w sobie obraz Boga, szanuje własne życie i godność, i potrafi kochać innych. Święty Franciszek Salezy pisał, że fałszywa pokora i umartwienie pozbawione miłości do siebie są niebezpieczne duchowo i szkodliwe [9]. Miłość siebie uczy stawiania granic i dbania o dobro własnej duszy i ciała.
Miłość własna jest wykładnikiem miłości do innego człowieka: „Wtórnie jednak przyjaźń odnosić się może do kogoś z powodu innej osoby, jak na przykład ktoś przyjaźniąc się z jakimś człowiekiem, miłuje też i innych wszystkich, którzy są z nim związani, jak jego synów, czy sługi, czy też kogokolwiek innego; i taka może być przyjaźń do przyjaciela, że miłujemy wszystkich, którzy do niego należą, choćby oni nas obrażali lub mieli w nienawiści. W ten sposób miłość przyjaźni rozciąga się też na nieprzyjaciół, których miłujemy z miłości z powodu Boga, z którym przede wszystkim mamy przyjaźń miłości” [10].
Mówimy, że Bóg jest miłością tak, jak mówimy, że Bóg jest Duchem. Miłość, o której mówimy, nie jest zatem uczuciem czy emocją, które są nietrwałe i zmienne, ale jest decyzją woli: chcę dobra dla drugiego człowieka i dla siebie z powodu Boga, w sposób uporządkowany, zgodny z rozumem i prawdą. Natomiast w Bogu miłość, wola, rozum, istnienie i miłość są jednym i tym samym — Jego istotą. Tak więc Bóg jest miłością (Deus caritas est) z natury, przez swoje istnienie [11].
Podsumowując, miłość nie jest uczuciem, ale jest ona podległa woli, jest pewnym postanowieniem, wyborem. Według św. Tomasza z Akwinu miłość jest najwyższą cnotą teologalną, bo jednoczy człowieka z Bogiem i stanowi formę wszystkich innych cnót — jest trwałym aktem woli do miłowania Boga oraz bliźniego z powodu Boga. Zupełnie inaczej do tej kwestii podchodzi się współcześnie. Czerpiąc z nurtów ewangelikalnych i zielonoświątkowych kładzie się obecnie duży nacisk na „relację z Bogiem”, która ma być żywa, osobista i emocjonalna. Emocjonalne ma być też przeżywanie wiary: wzruszenie, ekstazy z widzeniami, płacz, radość, modlitwa z uniesieniem, taniec z flagami. Emocje bywają niejednokrotnie traktowane jako dowód działania Ducha Świętego — np. spoczynki w Duchu świętym, czy „poruszenia serca” podczas nawrócenia, a nabożeństwa często mają wymuszony, emocjonalny, ekspresyjny i głośny charakter.
Bóg natomiast kocha człowieka przede wszystkim dlatego, że człowiek jest Jego stworzeniem — obrazem i podobieństwem (por. Rdz 1,26-27). Miłość Boża jest bezwarunkowa i niezasłużona, ponieważ Bóg jest źródłem wszelkiego dobra i miłości, a miłość Jego jest darem łaski.
Według św. Tomasza z Akwinu Bóg kocha człowieka, ponieważ, ponieważ istnienie człowieka odzwierciedla Boże dobro i piękno. Miłość Boga to akt woli skierowany ku dobru stworzenia, które jest Jego dziełem. Następnie Bóg kocha człowieka, bo miłość jest Jego naturą (Deus caritas est). Miłość Boża jest aktywna i trwała, a On pragnie dobra swoich stworzeń, aby mogły uczestniczyć w Jego doskonałości i szczęściu. Boża miłość objawia się w trosce o zbawienie i prowadzenie człowieka do życia wiecznego. Bóg nie kocha człowieka z powodu jakiejś potrzeby, ale z czystej dobroci i hojności.
Źródła:
- Z. Bauman, Płynna nowoczesność,
- Słownik języka polskiego PWN, hasło: miłość, https://sjp.pwn.pl
- Ks. prof. M. Poradowski, Miłość chrześcijańska,
- Tamże,
- Tamże,
- Św. Tomasz z Akwinu, Suma teologiczna, II-II, q. 23, a. 1-8.
- Św. Franciszek Salezy, Filotea czyli Wprowadzenie do życia pobożnego,
- Ks. prof. M. Poradowski,
- Deus caritas est, Benedykt XVI, 2005.
- Św. Tomasz z Akwinu, Suma teologiczna, I-II, q. 55-56 (o cnocie jako stałej dyspozycji czynienia dobra).
- Benedykt XVI, Deus caritas est,
AMDG